W autokarze wszyscysmy pospali sie. Na lotnisku w tempie blyskawicznym przeszlismy odprawe i kontrole bezpieczenstwa - przemycilismy oczywiscie butelke wody metoda "na dziecko".
Przed nami 2 godz. koczowania na wylot. Czas ten szybko zlecial - Mis nie spal, tylko ogladal urzadzenia lotniska.
Samolot bez kompletu zajetych miejsc. Podroz w miare znosna - Wicio bardzo grzeczny, wiekszosc czasu przespal.
W Warszawie wyladowalismy godzine przed planowanym czasem przybycia.
I tutaj konczy sie nasza kolejna, wakacyjna przygoda...
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Ostatni dzien na slonecznej wyspie
Znowu pozno wstalismy na sniadanie - ale tym razem dlatego, ze zabalowalismy w "zielona noc". Przez to glowy ciezkie.
Wicio rano byl nieco smutny, ze musimy dzisiaj juz wyjezdzac, ale jak dowiedzial sie, ze jeszcze jeden dzien bedziemy na basenie i na plazy to humor poprawil mu sie i grzecznie zjadl sniadanie.
Algorytm czynnosci przygotowawczych jak zawsze: pakowanie, smarowanie, przebieranie. Mis zarzadzil, ze idziemy od razu na plaze. Swiadczy to o jego wielkiej roztropnosci, bo na basenie odbywala sie wlasnie animacja - aquaaerobic przy glosnej muzyce. Dzis zaczal sie tutaj sezon turystyczny, wiec uruchomione zostaly wszystkie konieczne atrakcje takie jak np. czlowiek przebrany za krowe zabawiajacy wypoczywajacych na hotelowej plazy. Do tego dochodzi jeszcze gruby, lysy facet udajacy Tarzana (bynajmniej nie ja) nadskakujacy animatorce. Basen wiec stal sie mniej atrakcyjny przez to. Tym bardziej wiec widac wielka intuicje Myszy w wyborze terminu i czasu trwania naszych srodziemnomorskich wakacji!
Na plazy bylismy bardzo pozno jak na nasze standardy, ale sydrom dnia wczorajszego zmusza nas do wykonywania wszystkich czynnosci w zwolnionym tempie. Mis zagrzebal sie w piasku - jest na nas obrazony, bo ubrdal sobie, ze mamy mu kupic wielka koparke do zabawy na plazy, a my oczywiscie zlosliwie w jego mniemaniu nie chcemy tego uczynic. Ja zas poszedlem do morza szukac pieniazkow - dzisiaj tylko kilkanascie monet o niskich nominalach - Asia tez jeden znalazla.
Plaza nieco sie zaludnila - w koncu weekend. Pojawila sie tez obwozna gastronomia przy zejsciu.
Po drodze widzielismy kilkoro z naszych wspolwycieczkowiczow, kotrzy juz szli z bagazami na recepcje. Jak sobie pomysle, ze juz z samego rana trzeba by sie spakowac, a potem caly dzien koczowac na bagazach nie bardzo wiedzac co ze soba poczac (plaza i basen wymagaja potem wymycia sie, a nie bardzo jest to gdzie uczynic po za pokojem), to kwota zainwestowana w wydluzenie doby hotelowej staje sie w moich oczach znikoma.
Dzienna aktywnosc zredukowana do minimum - nawet Mis jakos niemrawo grzebie w piasku. Skusilismy sie na bulke z frytkami, a jak Mis sie wyspal to na jeszcze jedna bulke z parowka i frytki dla malego (wcinal az mu sie uszy trzesly) z obwoznej budy. Po za tym gdy Wicio spal lezelismy z Mysza w wodzie przy brzegu - byla ciepla jak zupa. Mysz spiekla sobie nogi - ale dzisiaj juz mozna, w koncu i tak juz koniec smazenia...
Po 6 godz. plazowania zeszlismy z plazy. W pokoju zeskrobalismy piach, nafutrowalismy malego i poszlismy na lody.
Targaja nami sprzeczne uczucia: z jednej strony tydzien tutaj wystarczy - po za moczeniem kupra nie bardzo jest co tu robic, a z drugiej strony jest tu fajnie i podobalo nam sie.
Wystarczylo jednak pojsc na basen, gdzie zgodnie ze standardami sezonowymi puszczaja muzyke na caly regulator, zeby jednak cieszyc sie z wyjazdu.
Lody nieodmiennie bardzo dobre - ale mimo, ze byl to pomsyl Misia, to nie chcial ich sobie zamowic (ja z reszta tez nie) - w koncu zjadl porcje Myszy.
Doswiadczenie socjokulturalne: w naszym hotelu odbywa sie wesele - wiec nieco smiesznie wygladaja wystrojeni goscie posrod spoconych plazowiczow w gaciach.
Poniewaz kto wie kiedy znowu tu przyjedziem, korzystamy na maksa z wszystkich dostepnych tu atrakcji, w mysl zasady "wszystko z wszystkim do pozygu" - idziemy wiec na basen! Wyciagnac Witka z niego bylo bardzo trudno - nie obylo sie bez awantury.
Po powrocie z basenu okazalo sie, ze karta do pokoju zdeaktywowala sie, wiec trzeba leciec na recepcje, a tu zaraz kolacja. Coraz bardziej cieszymy sie, ze juz stad jedziemy...
Globalna wioska - w barze hotelowym "Pan Tadeusz".
Na kolacji o dziwo obsluga naszego stolu bardzo sprawna. Na pierwsze kluski (albo z miesem, albo z grzybami) - Wicio nieco podziobal. Na drugie mysmy z Misiem wzieli miecho z kartoflami, a Asia rybe - gdy ja dostala, na wszelki wypadek poradzilem jej, zeby zanim spruboje zatlukla ja sandalem - wbrew wygladowi okazala sie jednak wcale apetyczna.
Witek na kolacji probowal zakolegowac sie z dziewczynka, ktora widzial na wycieczce na Etne, ale w ostatniej chwili strasznie sie zawstydzil. Potem jednak ladnie powiedzial jej i wszystkim przy stole do widzenia.
Po kolacji informacja od babci, ze blog nie dziala - wchodze, patrze, a to Gmail z powodow bezpieczenstwa zablokowal moje konto - ponoc byla proba nieautoryzowanego wejscia na nie.
Pakujemy sie z pewna nerwowoscia, bo gratow zamiast byc mniej jest wiecej. Dochodzi jeszcze parasol plazowy, ktory leci z nami (Witek wyraznie to zaznaczyl).
Szybkie mycie i tradycyjny spacer - tym razem, zeby pomachac morzu i plazy na pozegnanie.
Po powrocie dopakowujemy pozostale bambetle, znosimy bagaze i ladujemy sie do podstawionego juz autokaru.
Witek w bardzo dobrym nastroju - buzia mu sie nie zamyka.
Wicio rano byl nieco smutny, ze musimy dzisiaj juz wyjezdzac, ale jak dowiedzial sie, ze jeszcze jeden dzien bedziemy na basenie i na plazy to humor poprawil mu sie i grzecznie zjadl sniadanie.
Algorytm czynnosci przygotowawczych jak zawsze: pakowanie, smarowanie, przebieranie. Mis zarzadzil, ze idziemy od razu na plaze. Swiadczy to o jego wielkiej roztropnosci, bo na basenie odbywala sie wlasnie animacja - aquaaerobic przy glosnej muzyce. Dzis zaczal sie tutaj sezon turystyczny, wiec uruchomione zostaly wszystkie konieczne atrakcje takie jak np. czlowiek przebrany za krowe zabawiajacy wypoczywajacych na hotelowej plazy. Do tego dochodzi jeszcze gruby, lysy facet udajacy Tarzana (bynajmniej nie ja) nadskakujacy animatorce. Basen wiec stal sie mniej atrakcyjny przez to. Tym bardziej wiec widac wielka intuicje Myszy w wyborze terminu i czasu trwania naszych srodziemnomorskich wakacji!
Na plazy bylismy bardzo pozno jak na nasze standardy, ale sydrom dnia wczorajszego zmusza nas do wykonywania wszystkich czynnosci w zwolnionym tempie. Mis zagrzebal sie w piasku - jest na nas obrazony, bo ubrdal sobie, ze mamy mu kupic wielka koparke do zabawy na plazy, a my oczywiscie zlosliwie w jego mniemaniu nie chcemy tego uczynic. Ja zas poszedlem do morza szukac pieniazkow - dzisiaj tylko kilkanascie monet o niskich nominalach - Asia tez jeden znalazla.
Plaza nieco sie zaludnila - w koncu weekend. Pojawila sie tez obwozna gastronomia przy zejsciu.
Po drodze widzielismy kilkoro z naszych wspolwycieczkowiczow, kotrzy juz szli z bagazami na recepcje. Jak sobie pomysle, ze juz z samego rana trzeba by sie spakowac, a potem caly dzien koczowac na bagazach nie bardzo wiedzac co ze soba poczac (plaza i basen wymagaja potem wymycia sie, a nie bardzo jest to gdzie uczynic po za pokojem), to kwota zainwestowana w wydluzenie doby hotelowej staje sie w moich oczach znikoma.
Dzienna aktywnosc zredukowana do minimum - nawet Mis jakos niemrawo grzebie w piasku. Skusilismy sie na bulke z frytkami, a jak Mis sie wyspal to na jeszcze jedna bulke z parowka i frytki dla malego (wcinal az mu sie uszy trzesly) z obwoznej budy. Po za tym gdy Wicio spal lezelismy z Mysza w wodzie przy brzegu - byla ciepla jak zupa. Mysz spiekla sobie nogi - ale dzisiaj juz mozna, w koncu i tak juz koniec smazenia...
Po 6 godz. plazowania zeszlismy z plazy. W pokoju zeskrobalismy piach, nafutrowalismy malego i poszlismy na lody.
Targaja nami sprzeczne uczucia: z jednej strony tydzien tutaj wystarczy - po za moczeniem kupra nie bardzo jest co tu robic, a z drugiej strony jest tu fajnie i podobalo nam sie.
Wystarczylo jednak pojsc na basen, gdzie zgodnie ze standardami sezonowymi puszczaja muzyke na caly regulator, zeby jednak cieszyc sie z wyjazdu.
Lody nieodmiennie bardzo dobre - ale mimo, ze byl to pomsyl Misia, to nie chcial ich sobie zamowic (ja z reszta tez nie) - w koncu zjadl porcje Myszy.
Doswiadczenie socjokulturalne: w naszym hotelu odbywa sie wesele - wiec nieco smiesznie wygladaja wystrojeni goscie posrod spoconych plazowiczow w gaciach.
Poniewaz kto wie kiedy znowu tu przyjedziem, korzystamy na maksa z wszystkich dostepnych tu atrakcji, w mysl zasady "wszystko z wszystkim do pozygu" - idziemy wiec na basen! Wyciagnac Witka z niego bylo bardzo trudno - nie obylo sie bez awantury.
Po powrocie z basenu okazalo sie, ze karta do pokoju zdeaktywowala sie, wiec trzeba leciec na recepcje, a tu zaraz kolacja. Coraz bardziej cieszymy sie, ze juz stad jedziemy...
Globalna wioska - w barze hotelowym "Pan Tadeusz".
Na kolacji o dziwo obsluga naszego stolu bardzo sprawna. Na pierwsze kluski (albo z miesem, albo z grzybami) - Wicio nieco podziobal. Na drugie mysmy z Misiem wzieli miecho z kartoflami, a Asia rybe - gdy ja dostala, na wszelki wypadek poradzilem jej, zeby zanim spruboje zatlukla ja sandalem - wbrew wygladowi okazala sie jednak wcale apetyczna.
Witek na kolacji probowal zakolegowac sie z dziewczynka, ktora widzial na wycieczce na Etne, ale w ostatniej chwili strasznie sie zawstydzil. Potem jednak ladnie powiedzial jej i wszystkim przy stole do widzenia.
Po kolacji informacja od babci, ze blog nie dziala - wchodze, patrze, a to Gmail z powodow bezpieczenstwa zablokowal moje konto - ponoc byla proba nieautoryzowanego wejscia na nie.
Pakujemy sie z pewna nerwowoscia, bo gratow zamiast byc mniej jest wiecej. Dochodzi jeszcze parasol plazowy, ktory leci z nami (Witek wyraznie to zaznaczyl).
Szybkie mycie i tradycyjny spacer - tym razem, zeby pomachac morzu i plazy na pozegnanie.
Po powrocie dopakowujemy pozostale bambetle, znosimy bagaze i ladujemy sie do podstawionego juz autokaru.
Witek w bardzo dobrym nastroju - buzia mu sie nie zamyka.
piątek, 15 czerwca 2012
Piatek
Wyjatkowo pozno dzisiaj wstalismy - spalo sie dobrze. Po obudzeniu - zdziwka: za oknem cale niebo zasloniete gestymi chmurami. Ale na szczescie jest cieplo. Wicio ladnie zjadl cale sniadanie. Przebralismy sie za plazowiczow, wtarlismy w skore impregnat i zgodnie z wczorajsza obietnica dana Witkowi, poszlismy najpierw na basen. Poniewaz pochmurno, wiec woda chlodna, ale Witek tak jak wszystkie dzieci na swiecie zupelnie sie tym nie przejmowal i zmusil mnie do stalego w niej przebywania przez 45 min. W tym czasie Asia za doplata niemala, zorganizowala nam pobyt w hotelu az do samego wyjazdu - inaczej musielibysmy sie wymeldowac jutro o 11:00 (a wyjazd powrotny jest o 22:30). Udalo nam sie w koncu wynegocjowac z Wiciem przejscie na plaze. Dzisiaj mimo optymalnej pogody (pochmurno - brak slonca) nie ma tu nikogo. Lekki wiatr. Morze mocno cofnelo sie od ladu. Razem z Witkiem grzebalismy w piachu (zbudowalismy zamek), ganialismy sie polewajac woda i obrzucajac blotem - jednym slowem cala plaza dla nas (chociaz tutaj nigdy nie ma tloku). Mnie po za kilkoma muszelkami udalo sie znalezc 5 drobnych monet.
Po Misia drzemce (byl tak zmeczony, ze zasnal tak jak go Mysza polozyla) podpatrywalismy kraby pustelniki i inne zyjatka wedrujace w wodzie przy brzegu.
Byl plan zeby pojsc na pizze, ale okazalo sie, ze knajpa przy plazy jest czynna dopiero od 19:00 (!) - nie dziwi mnie wiec teraz, uwaga poczyniona przez przewodniczke, ze Sycylia to bardzo biedny region Wloch - jak biznesu nie potrafia robic.
Wrocilismy wiec na basen, a Asia poszla do marketu, po jakis prowiant. Mis po wyjsciu mamy podjal sluszna decyzje o pojsciu do pokoju. Pobawilismy sie tam w oczekiwaniu na Mysz. Po jej przyjsciu zjedlismy, odpoczelismy i jeszcze przed kolacja poszlismy potaplac sie w basenie - Wicio zaliczyl kolejne niespodziewane nurkowanie, ale nie zrazilo go to do dalszego taplania sie. Znowu trzeba bylo negocjowac dlugo jego wyjscie na brzeg,
Szybko wyszorowalismy sie, spakowalismy graty na wieczorny spacer do Cefalu i poszlismy na kolacje. Dzisiaj na pierwsze danie byl makaron po bolonsku (taki sobie: sos ubogi, kluski niedogotowane). Wiciowi nawet smakowal. Po wczorajszych doswiadczeniach bardzo wiele osob zrezygnowalo z dzisiejszej kolacji - stolowka swiecila pustkami.
Zjedlismy pierwsze danie - dzis nas szybko obsluzono - i pomaszerowalismy ogladac nocne zycie Cefalu. Po drodze mijalismy gosci naszego hotelu, ktorzy odpuscili sobie dzisiejsza kolacja.
Na promenadzie do Cefalu wreszcie zaczelo sie cos dziac - otworzyly sie lokale, ktore podejrzewalismy, ze sa w ogole nieczynne (a one dzialaja tylko po nocy).
Cefalu wieczorem wyglada znacznie ciekawiej - miasto wreszcie zyje! Dotarlismy do portu po drugiej stronie wzgorza - akurat malo ciekawego obiektu. Ale jest tu przynajmniej latarnia morska, ktorej brakowalo mi od poczatku w calym landszafcie. Ruch uliczny niezbyt intensywny - Wlosi staraja sie tu jezdzic bardzo ostroznie. Fajnie, cicho i spokojnie - mimo, ze kazda uliczka to rzad knajp pelnych turystow. Wieczor chlodny, ale w miasteczku momentami duszno w co wezszych uliczkach.
Wrocilismy spacerem, Mis nawet wiekszosc drogi przeszedl na wlasnych nogach (caly czas w dobrym humorze), aczkolwiek koncowke spaceru charakteryzowala pewna nerwowosc - Myszy i mnie zaczal powaznie dokuczac zoladek, tak, ze do pokoju wpadlismy z impetem. Wicio poszedl spac pozniej niz zazwyczaj, bo dopiero po 23:00, ale w koncu sa wakacje, a dzisiaj jest do tego "zielona noc".
Po Misia drzemce (byl tak zmeczony, ze zasnal tak jak go Mysza polozyla) podpatrywalismy kraby pustelniki i inne zyjatka wedrujace w wodzie przy brzegu.
Byl plan zeby pojsc na pizze, ale okazalo sie, ze knajpa przy plazy jest czynna dopiero od 19:00 (!) - nie dziwi mnie wiec teraz, uwaga poczyniona przez przewodniczke, ze Sycylia to bardzo biedny region Wloch - jak biznesu nie potrafia robic.
Wrocilismy wiec na basen, a Asia poszla do marketu, po jakis prowiant. Mis po wyjsciu mamy podjal sluszna decyzje o pojsciu do pokoju. Pobawilismy sie tam w oczekiwaniu na Mysz. Po jej przyjsciu zjedlismy, odpoczelismy i jeszcze przed kolacja poszlismy potaplac sie w basenie - Wicio zaliczyl kolejne niespodziewane nurkowanie, ale nie zrazilo go to do dalszego taplania sie. Znowu trzeba bylo negocjowac dlugo jego wyjscie na brzeg,
Szybko wyszorowalismy sie, spakowalismy graty na wieczorny spacer do Cefalu i poszlismy na kolacje. Dzisiaj na pierwsze danie byl makaron po bolonsku (taki sobie: sos ubogi, kluski niedogotowane). Wiciowi nawet smakowal. Po wczorajszych doswiadczeniach bardzo wiele osob zrezygnowalo z dzisiejszej kolacji - stolowka swiecila pustkami.
Zjedlismy pierwsze danie - dzis nas szybko obsluzono - i pomaszerowalismy ogladac nocne zycie Cefalu. Po drodze mijalismy gosci naszego hotelu, ktorzy odpuscili sobie dzisiejsza kolacja.
Na promenadzie do Cefalu wreszcie zaczelo sie cos dziac - otworzyly sie lokale, ktore podejrzewalismy, ze sa w ogole nieczynne (a one dzialaja tylko po nocy).
Cefalu wieczorem wyglada znacznie ciekawiej - miasto wreszcie zyje! Dotarlismy do portu po drugiej stronie wzgorza - akurat malo ciekawego obiektu. Ale jest tu przynajmniej latarnia morska, ktorej brakowalo mi od poczatku w calym landszafcie. Ruch uliczny niezbyt intensywny - Wlosi staraja sie tu jezdzic bardzo ostroznie. Fajnie, cicho i spokojnie - mimo, ze kazda uliczka to rzad knajp pelnych turystow. Wieczor chlodny, ale w miasteczku momentami duszno w co wezszych uliczkach.
Wrocilismy spacerem, Mis nawet wiekszosc drogi przeszedl na wlasnych nogach (caly czas w dobrym humorze), aczkolwiek koncowke spaceru charakteryzowala pewna nerwowosc - Myszy i mnie zaczal powaznie dokuczac zoladek, tak, ze do pokoju wpadlismy z impetem. Wicio poszedl spac pozniej niz zazwyczaj, bo dopiero po 23:00, ale w koncu sa wakacje, a dzisiaj jest do tego "zielona noc".
czwartek, 14 czerwca 2012
Czwartkowe popoludnie w Cefalu
Witka bylo dzis wyjatkowo trudno sciagnac z plazy. Przespal przeszlo 2,5 godz. Obudzil sie, pokiwal w takt sygnalu mojego telefonu, ktory wlasnie wyrwal go ze snu i od razu pognal do wody. Dlugo negocjowalismy, zeby zgodzil sie z nami pojsc na spacer do Cefalu.
Wrocilismy do pokoju, ja sie szybko wyszorowalem i pognalem po wieksze zakupy do supermarketu - Asia z Witkiem w miedzyczasie szykowali sie do wyjscia. Troche czasu zajelo mi wyszukiwanie najtanszych produktow w promocyjnych cenach, ale uwazam, ze zakupow udalo mi sie tanio dokonac.
Wrocilem, zrobilismy sobie kanapki i poszlismy nadmorska promenada do Cefalu. Tym razem szlo sie calkiem przyjemnie - upal nie meczyl, bo od morza wial silny wiatr.
Pozwiedzalismy miasto, napstrykalismy zdjec, nabylismy korkociag (w markecie kupilem butelke bialego wina sycylijskiego) i wrocilismy w porze wieczornego koryta do hotelu. Nawet Witkowi spacer podobal sie, bo w obie strony przeszdl trase samodzielnie.
Dzisiejsza obaidokolacja byla kompletnym nieporozumieniem. Potrafie zrozumiec poludniowa tradycje celebrowania posilkow, ale wszystko ma swoje granice. Czwartkowe kolacje, to wg tradycji tego hotelu - kolacje galowe. Totez celebra jest wyjatkowa - zupelnie nieadekwatna do jakosci serwowanego posilku. Do tego jeszcze zapiewajlo z syntezatorem zawodzacy swiatowe przeboje, uniemozliwiajacy zebranie mysli, czy tym bardziej konwersacje. Calosc rozciagnieta w czasie na dwie godziny (od 20:00 do 22:00). Witek dzielnie wytrwal godzine - w tym czasie dotarla do nas przystawka w postaci plasterka szynki z pomidorami (nie prosciuto bynajmniej - jakas taka smakiem i konsystencja podobna do naszej szynkowej), a potem pierwsze danie: lyzka rizotto (na ich miejscu serwowal bym to na mniejszych talezach, bo wygladalo to zalosnie). Pomijam juz fakt, ze o talez dla Misia tym razem musielismy sie upomniec, bo kelner wyszedl z zalozenia, ze on nie bedzie tego jadl (inna sprawa, ze slusznego, bo rzeczywiscie nie mial ochoty tego tknac). Dalej Witek grzecznie zaprotestowal i kazal sie zaprowadzic do pokoju. Asia zostala zeby nam opowiedziec co bylo nastepnie serwowane. Otoz potem bylo drugie danie: mieso drobiowe z pieczonymi kartoflami (to akurat calkiem niezle). Jak smakowal deser jednak nie wiemy, bo dla Asi go zabraklo, mimo, ze wszyscy na okolo dostali, wiec zirytowana ostentacyjnie wyszla nie czekajac az racza sobie jednak przypomniec o niej...
W pokoju Mis z zadowoleniem wypil swoje kakao, zabralismy latarke i poszlismy na tradycyjny spacer. Po spacerze jeszcze chwile dokazywal i poszedl spac, a my osuszylismy butelke wina, o ktorej wspomnialem wczesniej.
W miedzyczasie do naszego pokoju dobijala sie jakas stara Szwedka, co pomylila pokoje - w ogole rezydujacy w tym hotelu turysci to w 80% emeryci, wiec zaistnial juz kilka razy problem tlumaczenia im jak maja trafiac do swoich pokoi, bo budynki hotelu sa bardzo rozlegle.
Wrocilismy do pokoju, ja sie szybko wyszorowalem i pognalem po wieksze zakupy do supermarketu - Asia z Witkiem w miedzyczasie szykowali sie do wyjscia. Troche czasu zajelo mi wyszukiwanie najtanszych produktow w promocyjnych cenach, ale uwazam, ze zakupow udalo mi sie tanio dokonac.
Wrocilem, zrobilismy sobie kanapki i poszlismy nadmorska promenada do Cefalu. Tym razem szlo sie calkiem przyjemnie - upal nie meczyl, bo od morza wial silny wiatr.
Pozwiedzalismy miasto, napstrykalismy zdjec, nabylismy korkociag (w markecie kupilem butelke bialego wina sycylijskiego) i wrocilismy w porze wieczornego koryta do hotelu. Nawet Witkowi spacer podobal sie, bo w obie strony przeszdl trase samodzielnie.
Dzisiejsza obaidokolacja byla kompletnym nieporozumieniem. Potrafie zrozumiec poludniowa tradycje celebrowania posilkow, ale wszystko ma swoje granice. Czwartkowe kolacje, to wg tradycji tego hotelu - kolacje galowe. Totez celebra jest wyjatkowa - zupelnie nieadekwatna do jakosci serwowanego posilku. Do tego jeszcze zapiewajlo z syntezatorem zawodzacy swiatowe przeboje, uniemozliwiajacy zebranie mysli, czy tym bardziej konwersacje. Calosc rozciagnieta w czasie na dwie godziny (od 20:00 do 22:00). Witek dzielnie wytrwal godzine - w tym czasie dotarla do nas przystawka w postaci plasterka szynki z pomidorami (nie prosciuto bynajmniej - jakas taka smakiem i konsystencja podobna do naszej szynkowej), a potem pierwsze danie: lyzka rizotto (na ich miejscu serwowal bym to na mniejszych talezach, bo wygladalo to zalosnie). Pomijam juz fakt, ze o talez dla Misia tym razem musielismy sie upomniec, bo kelner wyszedl z zalozenia, ze on nie bedzie tego jadl (inna sprawa, ze slusznego, bo rzeczywiscie nie mial ochoty tego tknac). Dalej Witek grzecznie zaprotestowal i kazal sie zaprowadzic do pokoju. Asia zostala zeby nam opowiedziec co bylo nastepnie serwowane. Otoz potem bylo drugie danie: mieso drobiowe z pieczonymi kartoflami (to akurat calkiem niezle). Jak smakowal deser jednak nie wiemy, bo dla Asi go zabraklo, mimo, ze wszyscy na okolo dostali, wiec zirytowana ostentacyjnie wyszla nie czekajac az racza sobie jednak przypomniec o niej...
W pokoju Mis z zadowoleniem wypil swoje kakao, zabralismy latarke i poszlismy na tradycyjny spacer. Po spacerze jeszcze chwile dokazywal i poszedl spac, a my osuszylismy butelke wina, o ktorej wspomnialem wczesniej.
W miedzyczasie do naszego pokoju dobijala sie jakas stara Szwedka, co pomylila pokoje - w ogole rezydujacy w tym hotelu turysci to w 80% emeryci, wiec zaistnial juz kilka razy problem tlumaczenia im jak maja trafiac do swoich pokoi, bo budynki hotelu sa bardzo rozlegle.
Leniuchujemy
Wczoraj po kolacji udalismy sie tradycyjnie na spacer nad morze - trasa odwrotna niz zazwyczaj - obok starej willi stojacej nad morzem i oposzczonej chaty.
Poniewaz Witek byl po podrozy wyspany, wiec trzeba go bylo wymeczyc porzadnie.
Wieczorem pogoda ulegla radykalnej zmianie - od morza wieje silny wiatr, pojawily sie spore fale, ktore zjadaja nam brzeg i zrobilo sie chlodniej.
Po spacerze, poznym wieczorem poszlismy jeszcze do nadmorskiej knajpy na jednego, glebszego przed spaniem. Oczywiscie Wlosi dopiero po 22:00 przyszli tu na kolacje. Taki ich tryb zycia sprawia, ze ja ze swoja otyloscia brzuszna zupelnie nie wyrozniam sie na ich tle, a w wielu wypadkach wygladam wrecz na zabiedzonego (i dotyczy to wszystkich przedzialow wiekowych).
Dzis wstalismy ok. 8:00. Mis wreszcie po dluzszej przerwie zasiadl w ubikacji (to juz nie te czasy co rok temu, gdy gubil te rzeczy w trakcie zabawy na plazy). Na sniadanie to samo co zwykle, ale zjedlismy wszystko co daja, bo w koncu to nie all-inclusive, wiec skoro zaplacone to trzeba zjadac, bo potem nie bedzie.
Nie dziwie sie natomiast, ze Witek nie chce jesc juz nic tutaj rano, ale wmuszamy w niego ile sie da.
Po posilku smarowanie, pakowanie zabawek i na plaze. Dzisiaj nad morzem ostro wieje, wiec przyjemnie sie siedzi, bo slonce nie dokucza - najbardziej zradliwa pogoda. Woda o temperaturze Baltyku w Kolobrzegu latem, wiec na razie kompiel sobie darowujemy. Taplamy sie w blocie z Misiem.
Poniewaz Witek byl po podrozy wyspany, wiec trzeba go bylo wymeczyc porzadnie.
Wieczorem pogoda ulegla radykalnej zmianie - od morza wieje silny wiatr, pojawily sie spore fale, ktore zjadaja nam brzeg i zrobilo sie chlodniej.
Po spacerze, poznym wieczorem poszlismy jeszcze do nadmorskiej knajpy na jednego, glebszego przed spaniem. Oczywiscie Wlosi dopiero po 22:00 przyszli tu na kolacje. Taki ich tryb zycia sprawia, ze ja ze swoja otyloscia brzuszna zupelnie nie wyrozniam sie na ich tle, a w wielu wypadkach wygladam wrecz na zabiedzonego (i dotyczy to wszystkich przedzialow wiekowych).
Dzis wstalismy ok. 8:00. Mis wreszcie po dluzszej przerwie zasiadl w ubikacji (to juz nie te czasy co rok temu, gdy gubil te rzeczy w trakcie zabawy na plazy). Na sniadanie to samo co zwykle, ale zjedlismy wszystko co daja, bo w koncu to nie all-inclusive, wiec skoro zaplacone to trzeba zjadac, bo potem nie bedzie.
Nie dziwie sie natomiast, ze Witek nie chce jesc juz nic tutaj rano, ale wmuszamy w niego ile sie da.
Po posilku smarowanie, pakowanie zabawek i na plaze. Dzisiaj nad morzem ostro wieje, wiec przyjemnie sie siedzi, bo slonce nie dokucza - najbardziej zradliwa pogoda. Woda o temperaturze Baltyku w Kolobrzegu latem, wiec na razie kompiel sobie darowujemy. Taplamy sie w blocie z Misiem.
środa, 13 czerwca 2012
Na wulkanie
Wycieczke rozpoczelismy bladym switem - o 6:30 wyruszylismy spod hotelu w podroz do krateru Etny.
Po drodze odespalismy zakonczona przed wczesnie noc. Na droge hotel wyposazyl nas w walowke tak skromna, ze na postoju musielismy dokupic wlasciwe sniadanie, zwlaszcza dla Misia.
Do krateru Etny wyprawa odbywa sie etapami. Najpier podjezdza sie autokarem do stacji kolejki linowej na dwuch tysiacach metrow, potem idzie sie do kasy. Oczywiscie mozna zostac sobie na parkingu i pospacerowac po dwoch kraterach pierwotnych znajdujacych sie obok, ale skoro juz tu dotarlismy to szkoda by bylo nie zobaczyc calej tej gory z dziura w srodku. Poniewaz to Europa poludniowa, wiec przy kasach kompletny balagan, brak organizacji kolejki. Gdy udalo nam sie dzieki pomocy przewodnika nabyc w koncu bilety, zaczela sie przepychanka do wagonikow. W koncu po wielu minutach oczekiwaniach w dusznym korytarzu wsiedlismy do jednego z nich. Podjechalismy do schroniska na trzech tysiacach metrow i tu juz we w miare zorganizowany sposob zaladowalismy sie do wielkich samochodow terenowych. Dojechalismy w nich do schroniska przy samym kraterze - 3350 m.n.p.m. Pogoda bardzo dobra, ale wiatr tak silny, ze zapieral dech w piersiach - nigdy czegos takiego w gorach nie przezylem. W powietrzu wirowal wulkaniczny pyl wciskajac sie do ust, nosa i oczu. Na okolo krajobraz ksiezycowy - nic tylko zwaly zastyglej, czarnej lawy i tufu. Zadnej roslinnosci, a tym bardziej zwierzakow. Ziomb straszny - potegowany tym silnym wiatrem. Wicio byl bardzo niezadowolny - dlatego atak na sam szczyt podjela tylko Asia, a my z Misiem poczekalismy sobie na laweczce przed schroniskiem, gdzie az tak nie wialo.
Droga powrotna nie byla juz tak uciazliwa jak na gore. Po zjechaniu na parking autokarowy, zjedlismy pizze w tamtejszym barze prowadzonym przez Polke i zaladowalismy sie do autobusu. Witka spotkala nieoczekiwana sytuacja, bo go spontanicznie wycalowaly dwie starsze Wloszki., co go mocno speszylo.
Po zjechaniu z Etny skierowalismy sie do Taorminy - nadmorskiego miasta - bedacego druga atrakcja naszej dzisiejszej wyprawy. Wicio poszedl spac, wiec gdy po godzinie byl nieco zaspany gdy dotarlismy na miejsce.
Samo miasto ladne, duzo zabytkowych waskich uliczek - antyczne gruzy wchloniete przez miejska zabudowe. Upal leje sie z nieba - niezly przeskok po wizycie na wulkanie gdzie bylo ponizej 10 st. C. Pic sie chce. Wicio mimo to w dobrym humorze. Pospacerowalismy, napilismy sie duzo, zjedlismy takie regionalne ciastko z chrupkiego wafelka i sera w srodku (dobre jest!), i wrocilismy na parking. Poniewaz Taormina rozlozona jest na wysokim zboczu nadmorskiego klifu, wiec do miasta nie wjezdza sie autokarem, ale porzuca sie go na parkingu ponizej, a potem specjalny busik zawozi turystow do centrum.
Po zwiedzaniu miasta zaladowalismy sie do autobusu i w droge powrotna, ale druga strona wyspy dla urozmaicenia. Przed odjazdem Wicio sie wysiusial, ale z Asia, boze mna w meskim nie chcial, bo wg niego tam smierdzialo. Po drodze stanelismy na chwile na punkcie widokowym nad Messyna - widac stamtad kontynentalne Wlochy, bo to nablizszy punkt Sycylii do nich (ok. 3 km ciesniny).
Jednak tylko ja wysiadlem napstrykac zdjec. Wicio jak zasnal po wyjezdzie z Taorminy, tak przespal cala droge - dlatego Asia z nim nie wysiadla, a potem juz wiecej po drodze nie stawalismy.
Mis zasadniczo byl bardzo grzeczny w czasie wycieczki, co zauwazyli wszyscy uczetnicy i chwalili go!
Nie byl juz jednak tak grzeczny na kolacji, na ktora w zasadzie poszlismy prosto z podrozy.
Po drodze odespalismy zakonczona przed wczesnie noc. Na droge hotel wyposazyl nas w walowke tak skromna, ze na postoju musielismy dokupic wlasciwe sniadanie, zwlaszcza dla Misia.
Do krateru Etny wyprawa odbywa sie etapami. Najpier podjezdza sie autokarem do stacji kolejki linowej na dwuch tysiacach metrow, potem idzie sie do kasy. Oczywiscie mozna zostac sobie na parkingu i pospacerowac po dwoch kraterach pierwotnych znajdujacych sie obok, ale skoro juz tu dotarlismy to szkoda by bylo nie zobaczyc calej tej gory z dziura w srodku. Poniewaz to Europa poludniowa, wiec przy kasach kompletny balagan, brak organizacji kolejki. Gdy udalo nam sie dzieki pomocy przewodnika nabyc w koncu bilety, zaczela sie przepychanka do wagonikow. W koncu po wielu minutach oczekiwaniach w dusznym korytarzu wsiedlismy do jednego z nich. Podjechalismy do schroniska na trzech tysiacach metrow i tu juz we w miare zorganizowany sposob zaladowalismy sie do wielkich samochodow terenowych. Dojechalismy w nich do schroniska przy samym kraterze - 3350 m.n.p.m. Pogoda bardzo dobra, ale wiatr tak silny, ze zapieral dech w piersiach - nigdy czegos takiego w gorach nie przezylem. W powietrzu wirowal wulkaniczny pyl wciskajac sie do ust, nosa i oczu. Na okolo krajobraz ksiezycowy - nic tylko zwaly zastyglej, czarnej lawy i tufu. Zadnej roslinnosci, a tym bardziej zwierzakow. Ziomb straszny - potegowany tym silnym wiatrem. Wicio byl bardzo niezadowolny - dlatego atak na sam szczyt podjela tylko Asia, a my z Misiem poczekalismy sobie na laweczce przed schroniskiem, gdzie az tak nie wialo.
Droga powrotna nie byla juz tak uciazliwa jak na gore. Po zjechaniu na parking autokarowy, zjedlismy pizze w tamtejszym barze prowadzonym przez Polke i zaladowalismy sie do autobusu. Witka spotkala nieoczekiwana sytuacja, bo go spontanicznie wycalowaly dwie starsze Wloszki., co go mocno speszylo.
Po zjechaniu z Etny skierowalismy sie do Taorminy - nadmorskiego miasta - bedacego druga atrakcja naszej dzisiejszej wyprawy. Wicio poszedl spac, wiec gdy po godzinie byl nieco zaspany gdy dotarlismy na miejsce.
Samo miasto ladne, duzo zabytkowych waskich uliczek - antyczne gruzy wchloniete przez miejska zabudowe. Upal leje sie z nieba - niezly przeskok po wizycie na wulkanie gdzie bylo ponizej 10 st. C. Pic sie chce. Wicio mimo to w dobrym humorze. Pospacerowalismy, napilismy sie duzo, zjedlismy takie regionalne ciastko z chrupkiego wafelka i sera w srodku (dobre jest!), i wrocilismy na parking. Poniewaz Taormina rozlozona jest na wysokim zboczu nadmorskiego klifu, wiec do miasta nie wjezdza sie autokarem, ale porzuca sie go na parkingu ponizej, a potem specjalny busik zawozi turystow do centrum.
Po zwiedzaniu miasta zaladowalismy sie do autobusu i w droge powrotna, ale druga strona wyspy dla urozmaicenia. Przed odjazdem Wicio sie wysiusial, ale z Asia, boze mna w meskim nie chcial, bo wg niego tam smierdzialo. Po drodze stanelismy na chwile na punkcie widokowym nad Messyna - widac stamtad kontynentalne Wlochy, bo to nablizszy punkt Sycylii do nich (ok. 3 km ciesniny).
Jednak tylko ja wysiadlem napstrykac zdjec. Wicio jak zasnal po wyjezdzie z Taorminy, tak przespal cala droge - dlatego Asia z nim nie wysiadla, a potem juz wiecej po drodze nie stawalismy.
Mis zasadniczo byl bardzo grzeczny w czasie wycieczki, co zauwazyli wszyscy uczetnicy i chwalili go!
Nie byl juz jednak tak grzeczny na kolacji, na ktora w zasadzie poszlismy prosto z podrozy.
wtorek, 12 czerwca 2012
Wtorkowy wieczor
Przed kolacja, a po zejsciu z plazy pomaszerowalismy na basen - na wyrazne zadanie Wicia!
Szybko wyszorowalismy sie i zeszlismy na wieczorny posilek. Mnie osobiscie serwowane kolacje zaczynaja juz irytowac - cala zabawa trwa przeszlo godzine. Nie dziwie sie, ze Witek pod koniec traci juz cierpliwosc.
Po kolacji mielismy isc tradycyjnie na spacer do dziwnego miejsca (tajemnicza droga pod gore - trzeba zabrac latarke), ale Witek byl nieznosny, wiec za kare zostalismy w pokoju i musial ogladac z nami mecz.
Pakujemy sie, bo jutro ruszamy z samego rana na calodzienna wyprawe!
Szybko wyszorowalismy sie i zeszlismy na wieczorny posilek. Mnie osobiscie serwowane kolacje zaczynaja juz irytowac - cala zabawa trwa przeszlo godzine. Nie dziwie sie, ze Witek pod koniec traci juz cierpliwosc.
Po kolacji mielismy isc tradycyjnie na spacer do dziwnego miejsca (tajemnicza droga pod gore - trzeba zabrac latarke), ale Witek byl nieznosny, wiec za kare zostalismy w pokoju i musial ogladac z nami mecz.
Pakujemy sie, bo jutro ruszamy z samego rana na calodzienna wyprawe!
Leniwe popoludnie
Wicio na basenie zjadl obiad i poszedl spac. Asia w tym czasie czytala, a ja poszedlem wreszcie opublikowac zalegle posty na blogu. Nad basenem upal daje w kosc - tam nawet w cieniu jest goraco. Dlatego jak tylko Witek wstal, poszlismy na lody. Nasz osrodek po za trzema restauracjami, barkiem przy basenie i barem nocnym, ma kawiarnie z prawdziwego zdarzenia - bardzo popularna wsrod autochtonow. Lody okazaly sie znakomite - pod tym wzgledem narodowa tradycja Wlochow zostala uszanowana. Co prawda topily sie tak szybko, ze pod koniec jedzenia po lokcie bylismy w nich umorusani. Po takim podwieczorku spakowalismy zabawki i powedrowalismy byczyc sie na plazy. Wicio nieodmiennie zachwycony jego dwoma nowymi, jak sam to mowi, przyjaciolmi: piaskiem i woda!
Na basenie
Gdy odzipnelismy troche po wycieczce do Cefalu, ktora zajela nam przeszlo 3 godz., a ktora pewnie mozna by zalatwic znacznie szybciej, gdyby nie brak organizacji transportu, wysmarowalismy sie pozadnie i wskoczylismy do basenu.
Witek zachwycony, coraz smielej poczyna sobie z woda - do tego stopnia go to zafascynowalo, ze ciezko bylo namowic go do wyjscia. Dopiero glod zachecil go do wypelzniecia na brzeg.
Witek zachwycony, coraz smielej poczyna sobie z woda - do tego stopnia go to zafascynowalo, ze ciezko bylo namowic go do wyjscia. Dopiero glod zachecil go do wypelzniecia na brzeg.
Wycieczka do Cefalu
"...Jak juz zwiedzales na wlasna reke Azje, to podrozowanie po Europie bedzie dla Ciebie irytujace..."- tak powiedzial mi kiedys moj byly szef (ktory przemierzyl juz samodzielnie caly swiat) i niestety mial racje. Ale o tym za chwile...
W nocy slabo spalismy. Po sniadaniu, na ktorym Witek urzadzil awanture, wiec wyprowadzilem go ze stolowki, biegiem przygotowalismy sie do wyjazdu do Cefalu. Na autobus trafilismy idealnie. Po krotkiej jezdzie dojechalismy na rynek - czyli w miejsce do ktorego dotarlismy ostatnim razem pieszo. Upal od samego rana straszny.
Pospacerowalismy troche po miescie, zwiedzilismy gorujaca nad innymi budynkami katedre oraz port ze slynnym widokiem na zatoke. Urokliwe male miasteczko turysyczne. Potem popas i w droge powrotna. No i tu zaczely sie schody, bo okazalo sie, ze jeden autobus, ktory jechal do naszego hotelu sie zepsul, a drugi je opozniony - w sumie spedzilismy 40 min. czekajac na transport, w czasie ktorych spokojnie moglismy wrocic pieszo do domu. Zmeczeni zaleglismy w pokoju.
W nocy slabo spalismy. Po sniadaniu, na ktorym Witek urzadzil awanture, wiec wyprowadzilem go ze stolowki, biegiem przygotowalismy sie do wyjazdu do Cefalu. Na autobus trafilismy idealnie. Po krotkiej jezdzie dojechalismy na rynek - czyli w miejsce do ktorego dotarlismy ostatnim razem pieszo. Upal od samego rana straszny.
Pospacerowalismy troche po miescie, zwiedzilismy gorujaca nad innymi budynkami katedre oraz port ze slynnym widokiem na zatoke. Urokliwe male miasteczko turysyczne. Potem popas i w droge powrotna. No i tu zaczely sie schody, bo okazalo sie, ze jeden autobus, ktory jechal do naszego hotelu sie zepsul, a drugi je opozniony - w sumie spedzilismy 40 min. czekajac na transport, w czasie ktorych spokojnie moglismy wrocic pieszo do domu. Zmeczeni zaleglismy w pokoju.
Drugi dzien wakacji
Zgodnie z naszymi przewidywaniami kuchnia wloska trafila w gust Wicia - kluchy i pizze wcina bez protestow, a na sniadanie zjada rogala i platki czekoladowe na mleku. Mimo to grubsza potrzeba fizjologiczna zostala zalatwiona po raz pierwszy dopiero dzisiaj - turystyczny nocnik sprawdzil sie idealnie.
Wyspani pomaszerowalismy na sniadanie - tym razem zalapalismy sie juz na wszystko. Po posilku pakowanie sprzetu i wymarsz na plaze. Kontakt z morzem zrobil na Wiciu kolosalne wrazenie - co prawda w przeciwienstwie do poprzedniego dnia nie chcial do niego za daleko wchodzic, ale za to byl niezmordowany w grzebaniu sie w piachu, taplaniu w blocie, etc. Parasol sprawdzil sie idealnie - w sumie przesiedzielismy na plazy ponad 6 godz. - w miedzyczasie Wicio ucial sobie dluzsza drzemke, a co wazne nikt z nas nie doznal zadnych szkod od slonca. Po powrocie do pokoju - ktory nareszcie pozwololismy wysprzatac, wyszorowalismy sie, a potem poszlismy po wieksze zakupy do supermarketu. Dobry przyklad cenowy - ta sama butelka wody: hotel 2 EUR : sklep 0,40 EUR! Przed kolacja poszlismy na basen - Witek nie dosc, ze dal sie do niego wciagnac, to jak juz zobaczyl jakie to jest fajne, to z trudnoscia dalo sie go z niego wyjac! Kolacja serwowana, wiec posilek zabral nam ponad 1,5 godz. Jakosciowo szalu nie ma, ale Witek tez cos zjadl. Po jedzeniu spacer na morze sciezka, ktora wczoraj nie chcielismy isc ze wzgledu na brak swiatla. Dobrze, ze Witek zabral latarke - tym razem bardzo sie przydala! Po spacerze, na ostatnich lapach dotarlismy do hotelu. Ostatni drink, ustalenie planu na nastepny dzien i spac.
Wyspani pomaszerowalismy na sniadanie - tym razem zalapalismy sie juz na wszystko. Po posilku pakowanie sprzetu i wymarsz na plaze. Kontakt z morzem zrobil na Wiciu kolosalne wrazenie - co prawda w przeciwienstwie do poprzedniego dnia nie chcial do niego za daleko wchodzic, ale za to byl niezmordowany w grzebaniu sie w piachu, taplaniu w blocie, etc. Parasol sprawdzil sie idealnie - w sumie przesiedzielismy na plazy ponad 6 godz. - w miedzyczasie Wicio ucial sobie dluzsza drzemke, a co wazne nikt z nas nie doznal zadnych szkod od slonca. Po powrocie do pokoju - ktory nareszcie pozwololismy wysprzatac, wyszorowalismy sie, a potem poszlismy po wieksze zakupy do supermarketu. Dobry przyklad cenowy - ta sama butelka wody: hotel 2 EUR : sklep 0,40 EUR! Przed kolacja poszlismy na basen - Witek nie dosc, ze dal sie do niego wciagnac, to jak juz zobaczyl jakie to jest fajne, to z trudnoscia dalo sie go z niego wyjac! Kolacja serwowana, wiec posilek zabral nam ponad 1,5 godz. Jakosciowo szalu nie ma, ale Witek tez cos zjadl. Po jedzeniu spacer na morze sciezka, ktora wczoraj nie chcielismy isc ze wzgledu na brak swiatla. Dobrze, ze Witek zabral latarke - tym razem bardzo sie przydala! Po spacerze, na ostatnich lapach dotarlismy do hotelu. Ostatni drink, ustalenie planu na nastepny dzien i spac.
Dzien pierwszy na Sycylii
Po przyjezdzie do hotelu o 3:30 nad ranem zameldowalismy sie. Jako rodzina z dzieckiem potraktowano nas na preferencyjnych warunkach i moglismy odebrac karte do pokoju zaraz na poczatku. Mis bardzo grzeczny, mimo, ze tej nocy juz po raz drugi wybudzony ze snu.
Niestety po dotarciu do poku, okazalo sie, ze karta nie dziala i musielismy jeszcze dlugo poczekac na jej przekodowanie.
Gdy w koncu znalezlismy sie w pokoju wszyscy szybko umylismy sie i zapadlismy w koncu w sen.
Obudzilismy sie akurat na tyle wczesnie, zeby zdazyc jeszcze na sniadanie - niestety zalapalismy sie juz tylko na resztki, ale coz dobre i to. Po posilku przebieramy sie i wedrujemy na rekonesans po okolicy. Plaza zrobila na nas wrazenie! Od razu tez wiedzielismy w co koniecznie musimy sie zaopatrzyc: sprzet budowlany dla Misia i parasol przeciwsloneczny (te oferowane przez hotel, choc darmowe, to staja w fatalnym miejscu i jest ich bardzo malo). A tak bedziemy niezalezni. Plaza Wiciowi odpowiada - nawet dal sie wprowadzic do wody. Po spacerze poszlismy przygotowac Misiowi obiad, a potem wszyscy zapadlismy w 3 godzinna drzemke. Po spaniu zebralismy sie i poszlismy nadmorska promenada do Cefalu. W miescie zjedlismy skromy podwieczorek i skierowalismy sie do domu - spacer w skwarze popoludnia okazal sie meczacy, bo miasto jest jednak daleko. W drodze powrotnej nabylismy niezbedny sprzet plazowy. Po powrocie zostawilismy go w hotelu i udalismy sie na poszukiwanie sklepu. Niestety po dluzszym spacerze spotkalo nas niemile rozczarowanie - w niedziele jest on nieczynny.
Wrocilismy wiec do pokoju odsapnac i przebrac sie do kolacji. W miedzyczasie Mis zazyczyl sobie wizyty na basenie - dal sie nawet namowic na wejscie do niego, aczkolwiek z pewnym dystansem: Niedzielny, wieczorny posilek okazal sie wystawny - w formie szwedzkiego stolu - z orkiestra na zywo, ale kulinarnie nie zwalal z nog. Po jedzeniu spacer nad morzem, zeby spalic kalorie (i to doslownie, bo bieganie po tych schodach na plaze wymaga sporego wysilku). Potem jeszcze szybkie piwo w hotelowym barze i spac, bo wszyscy bylismy juz na ostatnich lapach....
Niestety po dotarciu do poku, okazalo sie, ze karta nie dziala i musielismy jeszcze dlugo poczekac na jej przekodowanie.
Gdy w koncu znalezlismy sie w pokoju wszyscy szybko umylismy sie i zapadlismy w koncu w sen.
Obudzilismy sie akurat na tyle wczesnie, zeby zdazyc jeszcze na sniadanie - niestety zalapalismy sie juz tylko na resztki, ale coz dobre i to. Po posilku przebieramy sie i wedrujemy na rekonesans po okolicy. Plaza zrobila na nas wrazenie! Od razu tez wiedzielismy w co koniecznie musimy sie zaopatrzyc: sprzet budowlany dla Misia i parasol przeciwsloneczny (te oferowane przez hotel, choc darmowe, to staja w fatalnym miejscu i jest ich bardzo malo). A tak bedziemy niezalezni. Plaza Wiciowi odpowiada - nawet dal sie wprowadzic do wody. Po spacerze poszlismy przygotowac Misiowi obiad, a potem wszyscy zapadlismy w 3 godzinna drzemke. Po spaniu zebralismy sie i poszlismy nadmorska promenada do Cefalu. W miescie zjedlismy skromy podwieczorek i skierowalismy sie do domu - spacer w skwarze popoludnia okazal sie meczacy, bo miasto jest jednak daleko. W drodze powrotnej nabylismy niezbedny sprzet plazowy. Po powrocie zostawilismy go w hotelu i udalismy sie na poszukiwanie sklepu. Niestety po dluzszym spacerze spotkalo nas niemile rozczarowanie - w niedziele jest on nieczynny.
Wrocilismy wiec do pokoju odsapnac i przebrac sie do kolacji. W miedzyczasie Mis zazyczyl sobie wizyty na basenie - dal sie nawet namowic na wejscie do niego, aczkolwiek z pewnym dystansem: Niedzielny, wieczorny posilek okazal sie wystawny - w formie szwedzkiego stolu - z orkiestra na zywo, ale kulinarnie nie zwalal z nog. Po jedzeniu spacer nad morzem, zeby spalic kalorie (i to doslownie, bo bieganie po tych schodach na plaze wymaga sporego wysilku). Potem jeszcze szybkie piwo w hotelowym barze i spac, bo wszyscy bylismy juz na ostatnich lapach....
Hotel
W pierwszym zetknieciu hotel okazal sie dla nas rozczarowujacy - wielki moloch, ktory lata swojej swietnosci ma juz za soba. W zwiazku z tym wszystkie atrakcje typu basen, plaza, restauracja, wymagaja pokonywania bardzo duzych odleglosci (przede wszystkim po schodach).
Trafil nam sie dosc ciasny pokoj bez balkonu, tylko z niewielkim oknem wychodacym na parking (na szczescie widac przez nie rowniez gory) - wiec ciezko jest sie w nim wygodnie zorgaznizowac. Zwlaszcza, gdy wracamy z plazy z masa rzeczy wymagajacych wysuszenia.
Obsluga mila i pomocna, wnetrza czyste. Klimatyzacja sprawna, a niestety okazuje sie ona konieczna przy panujacym tu klimacie.
Menu serwowane w hotelowej restauracji nie zwala z nog. Sniadania ubogie - ser, wedlina, pieczywo, maslo, platki z mlekiem, jajka - zadnych ogorkow, ani pomidorow. Kolacje przewaznie serwowane, ale w zadowalajacych porcjach - choc bez rewelacji. Oczywiscie napoje nabywane osobno, wiec ceny w barze zwalaja z nog - np. 2 EUR za duza wode mineralna.
Hotel ma ladny ocieniony basen, z widokiem na Cefalu i przechodzace zaraz obok hotelu tory lokalnej kolejki - wiec Witek jest wniebowziety!
Plaza jest u stop hotelu (ktory stoi na wysokim klifie). Wyprawa na nia kosztuje troche wysilku i czasu, ale warto, bo widoki sa rewelacyjne. Prawie w ogole nie ma ludzie, woda jest czysta, a brzeg piaszczysty.
Do miasta jest dosc daleko, choc widac je jak na dloni, ale do duzego sklepu mamy z hotelu ok. 600 metrow.
Trafil nam sie dosc ciasny pokoj bez balkonu, tylko z niewielkim oknem wychodacym na parking (na szczescie widac przez nie rowniez gory) - wiec ciezko jest sie w nim wygodnie zorgaznizowac. Zwlaszcza, gdy wracamy z plazy z masa rzeczy wymagajacych wysuszenia.
Obsluga mila i pomocna, wnetrza czyste. Klimatyzacja sprawna, a niestety okazuje sie ona konieczna przy panujacym tu klimacie.
Menu serwowane w hotelowej restauracji nie zwala z nog. Sniadania ubogie - ser, wedlina, pieczywo, maslo, platki z mlekiem, jajka - zadnych ogorkow, ani pomidorow. Kolacje przewaznie serwowane, ale w zadowalajacych porcjach - choc bez rewelacji. Oczywiscie napoje nabywane osobno, wiec ceny w barze zwalaja z nog - np. 2 EUR za duza wode mineralna.
Hotel ma ladny ocieniony basen, z widokiem na Cefalu i przechodzace zaraz obok hotelu tory lokalnej kolejki - wiec Witek jest wniebowziety!
Plaza jest u stop hotelu (ktory stoi na wysokim klifie). Wyprawa na nia kosztuje troche wysilku i czasu, ale warto, bo widoki sa rewelacyjne. Prawie w ogole nie ma ludzie, woda jest czysta, a brzeg piaszczysty.
Do miasta jest dosc daleko, choc widac je jak na dloni, ale do duzego sklepu mamy z hotelu ok. 600 metrow.
Trudnosci techniczne
Bezprzewodowy internet jest tutaj niestety dostepny tylko w recepcji hotelu (co udalo nam sie ustalic dopiero po dluzszych poszukiwaniach), stad regularne publikowanie relacji z naszych przygod okazuje sie byc znacznie bardziej skomplikowane nizlismy sie spodziewali. Ale teraz postaramy sie nadrobic zaleglosci wydawnicze!
Wyladowalismy w Palermo
Witek jest nizwykle dzielny!Cala podroz albo ekscytowal sie tym co widac za oknem,albo tym co dzialo sie na pokladzie. Mnie podroz minela fatalnie-coraz gorzej reaguje na latanie. Na pokladzie poczestunek w formie kubka wody-w koncu czarter,wiec koryta nie spodziewalismy sie.Linie go obslugujace widzialem pierwszy raz na oczy - Travel Service. Witek zjadl swoja kolacje i poniewaz byl zmeczony wrazeniami zasnal zapominajac o smoczku. Przespal cala podroz. Dopiero przed ladowaniem, zgodnie z zasadami bezpieczenstwa Asi go obudzila - ale nowe wrazenia zwiazane z podchodzeniem nad lotnisko i przyziemianiem, byly silniejsze niz zlosc, ze nie dajemy mu spac, wiec nie protestowal. I tu taka ciekawostka - stewardesa poklocila sie z matka siedzaca przed nami, ze wbrew jej zaleceniom nie chce obudzic dzieci i zagrozila odebraniem jej paszportu. W ogole niektorym trudno bylo dostosowac sie do prozb personnelu, bo w trakcie lotu przychodzily SMS'y i ponawiane byly komunikaty o koniecznosci wylaczenia telefonow. Lotnisko w Palermo brudne - zwlaszcza toalety. W miare szybko odebralismy nasze toboly - bylismy jedynym lotem obslugiwanym tutaj o tak poznej porze - ale taki urok czarteru. Przy wyjsciu z lotniska tradycyjna odprawa z rezydentem - podzial na autokary rozwozace do wybranych hoteli. Mis nadal zafascynowany tym co widac za oknem, chociaz juz nieco zmeczony.
sobota, 9 czerwca 2012
Na lotnisku
Na naszych rodakow mozna liczyc - przy odprawie balagan i awantury, bo oczywiscie zawsze trafi sie ktos, kto uwaza, ze jego stanie w kolejce nie obowiazuje (i nie mam tu na mysli rodzin z malymi dziecmi, czy ludzi starszych).
Kontrola bezpieczenstwa ze wzgledu na EURO posunieta do absurdu-nawet oba aparaty fotograficzne musielismy rozpakowywac i osobno przeswietlac. Plus, ze wszystko milo i kulturalnie sie odbywa. Tradycyjnie opilismy sie jak baki nielegalnej wody przed przejsciem bramek. Mysz tradycyjnie zdjela nawet buty. Wicio zachwycony wszystkim co widzi - niezwykle pobudzony, dlatego uciazliwosci formalne wcale go nie irytuja. Mnie przeciwnie - wszystkie te czynnosci budza teraz daleko idaca odraze. Bazujac na wczesniejszych doswiadczeniach od razu pomaszerowalismy na Fryderyki, zeby Witek sie wyszalal, ale plac zabaw nie bardzo go zainteresowal - co innego widok na plyte lotniska i ladujace / startujace tam samoloty.
Asia z Witkiem poszli sprawdzic, gdzie jest gate, z ktorego startujemy - bo znajac juz podejscie naszych rodakow, nalezy zalozyc, ze tam tez beda starali sie skomplikowac sobie i innym zycie...
Kontrola bezpieczenstwa ze wzgledu na EURO posunieta do absurdu-nawet oba aparaty fotograficzne musielismy rozpakowywac i osobno przeswietlac. Plus, ze wszystko milo i kulturalnie sie odbywa. Tradycyjnie opilismy sie jak baki nielegalnej wody przed przejsciem bramek. Mysz tradycyjnie zdjela nawet buty. Wicio zachwycony wszystkim co widzi - niezwykle pobudzony, dlatego uciazliwosci formalne wcale go nie irytuja. Mnie przeciwnie - wszystkie te czynnosci budza teraz daleko idaca odraze. Bazujac na wczesniejszych doswiadczeniach od razu pomaszerowalismy na Fryderyki, zeby Witek sie wyszalal, ale plac zabaw nie bardzo go zainteresowal - co innego widok na plyte lotniska i ladujace / startujace tam samoloty.
Asia z Witkiem poszli sprawdzic, gdzie jest gate, z ktorego startujemy - bo znajac juz podejscie naszych rodakow, nalezy zalozyc, ze tam tez beda starali sie skomplikowac sobie i innym zycie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































