Wycieczke rozpoczelismy bladym switem - o 6:30 wyruszylismy spod hotelu w podroz do krateru Etny.
Po drodze odespalismy zakonczona przed wczesnie noc. Na droge hotel wyposazyl nas w walowke tak skromna, ze na postoju musielismy dokupic wlasciwe sniadanie, zwlaszcza dla Misia.
Do krateru Etny wyprawa odbywa sie etapami. Najpier podjezdza sie autokarem do stacji kolejki linowej na dwuch tysiacach metrow, potem idzie sie do kasy. Oczywiscie mozna zostac sobie na parkingu i pospacerowac po dwoch kraterach pierwotnych znajdujacych sie obok, ale skoro juz tu dotarlismy to szkoda by bylo nie zobaczyc calej tej gory z dziura w srodku. Poniewaz to Europa poludniowa, wiec przy kasach kompletny balagan, brak organizacji kolejki. Gdy udalo nam sie dzieki pomocy przewodnika nabyc w koncu bilety, zaczela sie przepychanka do wagonikow. W koncu po wielu minutach oczekiwaniach w dusznym korytarzu wsiedlismy do jednego z nich. Podjechalismy do schroniska na trzech tysiacach metrow i tu juz we w miare zorganizowany sposob zaladowalismy sie do wielkich samochodow terenowych. Dojechalismy w nich do schroniska przy samym kraterze - 3350 m.n.p.m. Pogoda bardzo dobra, ale wiatr tak silny, ze zapieral dech w piersiach - nigdy czegos takiego w gorach nie przezylem. W powietrzu wirowal wulkaniczny pyl wciskajac sie do ust, nosa i oczu. Na okolo krajobraz ksiezycowy - nic tylko zwaly zastyglej, czarnej lawy i tufu. Zadnej roslinnosci, a tym bardziej zwierzakow. Ziomb straszny - potegowany tym silnym wiatrem. Wicio byl bardzo niezadowolny - dlatego atak na sam szczyt podjela tylko Asia, a my z Misiem poczekalismy sobie na laweczce przed schroniskiem, gdzie az tak nie wialo.
Droga powrotna nie byla juz tak uciazliwa jak na gore. Po zjechaniu na parking autokarowy, zjedlismy pizze w tamtejszym barze prowadzonym przez Polke i zaladowalismy sie do autobusu. Witka spotkala nieoczekiwana sytuacja, bo go spontanicznie wycalowaly dwie starsze Wloszki., co go mocno speszylo.
Po zjechaniu z Etny skierowalismy sie do Taorminy - nadmorskiego miasta - bedacego druga atrakcja naszej dzisiejszej wyprawy. Wicio poszedl spac, wiec gdy po godzinie byl nieco zaspany gdy dotarlismy na miejsce.
Samo miasto ladne, duzo zabytkowych waskich uliczek - antyczne gruzy wchloniete przez miejska zabudowe. Upal leje sie z nieba - niezly przeskok po wizycie na wulkanie gdzie bylo ponizej 10 st. C. Pic sie chce. Wicio mimo to w dobrym humorze. Pospacerowalismy, napilismy sie duzo, zjedlismy takie regionalne ciastko z chrupkiego wafelka i sera w srodku (dobre jest!), i wrocilismy na parking. Poniewaz Taormina rozlozona jest na wysokim zboczu nadmorskiego klifu, wiec do miasta nie wjezdza sie autokarem, ale porzuca sie go na parkingu ponizej, a potem specjalny busik zawozi turystow do centrum.
Po zwiedzaniu miasta zaladowalismy sie do autobusu i w droge powrotna, ale druga strona wyspy dla urozmaicenia. Przed odjazdem Wicio sie wysiusial, ale z Asia, boze mna w meskim nie chcial, bo wg niego tam smierdzialo. Po drodze stanelismy na chwile na punkcie widokowym nad Messyna - widac stamtad kontynentalne Wlochy, bo to nablizszy punkt Sycylii do nich (ok. 3 km ciesniny).
Jednak tylko ja wysiadlem napstrykac zdjec. Wicio jak zasnal po wyjezdzie z Taorminy, tak przespal cala droge - dlatego Asia z nim nie wysiadla, a potem juz wiecej po drodze nie stawalismy.
Mis zasadniczo byl bardzo grzeczny w czasie wycieczki, co zauwazyli wszyscy uczetnicy i chwalili go!
Nie byl juz jednak tak grzeczny na kolacji, na ktora w zasadzie poszlismy prosto z podrozy.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz