poniedziałek, 18 czerwca 2012

Ostatni dzien na slonecznej wyspie

Znowu pozno wstalismy na sniadanie - ale tym razem dlatego, ze zabalowalismy w "zielona noc". Przez to glowy ciezkie.
Wicio rano byl nieco smutny, ze musimy dzisiaj juz wyjezdzac, ale jak dowiedzial sie, ze jeszcze jeden dzien bedziemy na basenie i na plazy to humor poprawil mu sie i grzecznie zjadl sniadanie.
Algorytm czynnosci przygotowawczych jak zawsze: pakowanie, smarowanie, przebieranie. Mis zarzadzil, ze idziemy od razu na plaze. Swiadczy to o jego wielkiej roztropnosci, bo na basenie odbywala sie wlasnie animacja - aquaaerobic przy glosnej muzyce. Dzis zaczal sie tutaj sezon turystyczny, wiec uruchomione zostaly wszystkie konieczne atrakcje takie jak np. czlowiek przebrany za krowe zabawiajacy wypoczywajacych na hotelowej plazy. Do tego dochodzi jeszcze gruby, lysy facet udajacy Tarzana (bynajmniej nie ja) nadskakujacy animatorce. Basen wiec stal sie mniej atrakcyjny przez to. Tym bardziej wiec widac wielka intuicje Myszy w wyborze terminu i czasu trwania naszych srodziemnomorskich wakacji!
Na plazy bylismy bardzo pozno jak na nasze standardy, ale sydrom dnia wczorajszego zmusza nas do wykonywania wszystkich czynnosci w zwolnionym tempie. Mis zagrzebal sie w piasku - jest na nas obrazony, bo ubrdal sobie, ze mamy mu kupic wielka koparke do zabawy na plazy, a my oczywiscie zlosliwie w jego mniemaniu nie chcemy tego uczynic. Ja zas poszedlem do morza szukac pieniazkow - dzisiaj tylko kilkanascie monet o niskich nominalach - Asia tez jeden znalazla.
Plaza nieco sie zaludnila - w koncu weekend. Pojawila sie tez obwozna gastronomia przy zejsciu.
Po drodze widzielismy kilkoro z naszych wspolwycieczkowiczow, kotrzy juz szli z bagazami na recepcje. Jak sobie pomysle, ze juz z samego rana trzeba by sie spakowac, a potem caly dzien koczowac na bagazach nie bardzo wiedzac co ze soba poczac (plaza i basen wymagaja potem wymycia sie, a nie bardzo jest to gdzie uczynic po za pokojem), to kwota zainwestowana w wydluzenie doby hotelowej staje sie w moich oczach znikoma.
Dzienna aktywnosc zredukowana do minimum - nawet Mis jakos niemrawo grzebie w piasku. Skusilismy sie na bulke z frytkami, a jak Mis sie wyspal to na jeszcze jedna bulke z parowka i frytki dla malego (wcinal az mu sie uszy trzesly) z obwoznej budy. Po za tym gdy Wicio spal lezelismy z Mysza w wodzie przy brzegu - byla ciepla jak zupa. Mysz spiekla sobie nogi - ale dzisiaj juz mozna, w koncu i tak juz koniec smazenia...
Po 6 godz. plazowania zeszlismy z plazy. W pokoju zeskrobalismy piach, nafutrowalismy malego i poszlismy na lody.
Targaja nami sprzeczne uczucia: z jednej strony tydzien tutaj wystarczy - po za moczeniem kupra nie bardzo jest co tu robic, a z drugiej strony jest tu fajnie i podobalo nam sie.
Wystarczylo jednak pojsc na basen, gdzie zgodnie ze standardami sezonowymi puszczaja muzyke na caly regulator, zeby jednak cieszyc sie z wyjazdu.
Lody nieodmiennie bardzo dobre - ale mimo, ze byl to pomsyl Misia, to nie chcial ich sobie zamowic (ja z reszta tez nie) - w koncu zjadl porcje Myszy.
Doswiadczenie socjokulturalne: w naszym hotelu odbywa sie wesele - wiec nieco smiesznie wygladaja wystrojeni goscie posrod spoconych plazowiczow w gaciach.
Poniewaz kto wie kiedy znowu tu przyjedziem, korzystamy na maksa z wszystkich dostepnych tu atrakcji, w mysl zasady "wszystko z wszystkim do pozygu" - idziemy wiec na basen! Wyciagnac Witka z niego bylo bardzo trudno - nie obylo sie bez awantury.
Po powrocie z basenu okazalo sie, ze karta do pokoju zdeaktywowala sie, wiec trzeba leciec na recepcje, a tu zaraz kolacja. Coraz bardziej cieszymy sie, ze juz stad jedziemy...
Globalna wioska - w barze hotelowym "Pan Tadeusz".
Na kolacji o dziwo obsluga naszego stolu bardzo sprawna. Na pierwsze kluski (albo z miesem, albo z grzybami) - Wicio nieco podziobal. Na drugie mysmy z Misiem wzieli miecho z kartoflami, a Asia rybe - gdy ja dostala, na wszelki wypadek poradzilem jej, zeby zanim spruboje zatlukla ja sandalem - wbrew wygladowi okazala sie jednak wcale apetyczna.
Witek na kolacji probowal zakolegowac sie z dziewczynka, ktora widzial na wycieczce na Etne, ale w ostatniej chwili strasznie sie zawstydzil. Potem jednak ladnie powiedzial jej i wszystkim przy stole do widzenia.

Po kolacji informacja od babci, ze blog nie dziala - wchodze, patrze, a to Gmail z powodow bezpieczenstwa zablokowal moje konto - ponoc byla proba nieautoryzowanego wejscia na nie.

Pakujemy sie z pewna nerwowoscia, bo gratow zamiast byc mniej jest wiecej. Dochodzi jeszcze parasol plazowy, ktory leci z nami (Witek wyraznie to zaznaczyl).
Szybkie mycie i tradycyjny spacer - tym razem, zeby pomachac morzu i plazy na pozegnanie.
Po powrocie dopakowujemy pozostale bambetle, znosimy bagaze i ladujemy sie do podstawionego juz autokaru.
Witek w bardzo dobrym nastroju - buzia mu sie nie zamyka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz